Ze Szczecinem na dziobie

mar 7, 2012 | Księgarnia Morska

okladkaOD AUTORKI: Pretekstem do napisania tej książki był dziennik, a właściwie list do ukochanej, pisany przed półwieczem w dwóch brulionach akademickich przez kapitana s/s „Szczecin”, parowca szczecińskiego armatora – Polskiej Żeglugi Morskiej. Dziennik trafił do mnie kilkanaście lat temu, nieco okrężną drogą, wraz archiwum mojego ojca kpt. ż. w. Bolesława Zbigniewa Bąbczyńskiego.
Kilka dużych pudeł dokumentów, notatek, notesów, rysunków, zeszytów i innych papierów, niosących ze sobą zapach stęchlizny. Zakurzonych i niekiedy zbutwiałych. Dostałam je, do przeglądnięcia, posegregowania i ewentualnego wykorzystywania w codziennej pracy dziennikarskiej. od mojego brata, także kapitana żeglugi wielkiej. Brat archiwum dostał od drugiej żony ojca, Niny Michałowskiej-Bąbczyńskiej, która postanowiła je zlikwidować raz na zawsze.
Dla mnie skarb. Pełno w nim było dokumentów szczecińskiego armatora, obrazujących dzieje przedsiębiorstwa. Przedsiębiorstwa bądź, co bądź, będącego narodowym przewoźnikiem morskim. A ja od lat piszę na tematy związane z transportem, w tym oczywiście także i z żeglugą.
Nie wiedziałam, tak naprawdę, co dostałam do rąk. Zaczęłam porządkować archiwum. Ze znalezionych w nim dokumentów, notatek i listów powoli wyłaniał się świat, którego nie znałam, a nawet nie miałam pojęcia, że istnieje. Barwne marynarskie opowieści przestały być opowieściami beztroskiego wilka morskiego w zgrabnym mundurze, który w dzień się bawi, „w nocy w hamaku śpi” a w międzyczasie pływa z portu do portu, i jak to bywa w opisach marynarzy, mając po drodze liczne przygody. Z tego co trzymałam w ręku wyłaniał się obraz ciężkiej walki ludzi morza z żywiołem, samotnością, przeciwnościami losu. Czasem ze zwykłą biurokracją i głupimi przepisami, czasem z sztormem czy cyklonem albo fuszerką stoczniowców. Są w tym archiwum dowody heroicznego bohaterstwa, ale także niemiłosiernej czasem głupoty marynarzy.
W kartonowych pudłach jest wiele historii PŻM. Są akta głośnych rozpraw w izbach morskich, dokumentacja spektakularnych akcji ratunkowych na morzu, jak raport i szczegółowa dokumentacja ściągania z mielizny m/s „Rejowica”, raporty i sprawozdania dotyczące bezpieczeństwa na statkach, dokumentacja zakupów „liberciaków”, dokumenty organizacji partyjnych i związkowych, rady pracowniczej, zapisy na temat opracowywania tras żeglugowych czy dowiezienia na miejsce przeznaczenia polskich ekspedycji polarnych.
Sięgając po kapitański dziennik wydawało mi się, że będę miała do czynienia z długim listem, pełnym opisów wesołych przygód na morzu i w egzotycznych portach. Nieco lekkim, pisanym dla ukochanej kobiety, którą zawiłości nawigacji morskiej zbytnio nie interesują.
Red.ZofiaBabczynska-Jelonek…Ale tak nie było. Trafiłam bowiem na relację z wyjątkowego rejsu, takiego, jakiego nigdy jeszcze nie było w historii powojennej polskiej floty handlowej. Dramatycznego pod wieloma względami, choć szczęśliwie zakończonego. Rejsu osadzonego w realiach apogeum zimnej wojny i groźby III wojny światowej z użyciem broni nuklearnej. Polski statek, ze względu na przewożony ładunek i kraje docelowe, był jej maleńkim, realnym elementem.
W każdej chwili polscy marynarze szczecińskiego armatora, płynący latem i jesienią 1958 r. parowcem po morzach afrykańskich i Dalekiego Wschodu, mogli się znaleźć w centrum działań wojennych lub odczuć efekty zrzutu bomby atomowej. Taka groźba zaistniała, gdy po wyładowaniu broni i samolotów w Indonezji, na początku września płynęli Morzem Południowochińskim do Wietnamu po ryż. W nieco wyżej położonym Tajwanie sytuacja polityczna stała się zapalna, a na Filipinach, które mijali po lewej burcie kilka dni przed ich wpłynięciem na te wody, pojawiła się eskadra bombowców USA uzbrojonych w bomby atomowe. Ewentualność posłużenia się „atomówką” wobec Chin rozważano 4 września 1958 r. na naradzie połączonych sztabów armii USA. S/s „Szczecin” wyszedł do Wietnamu z Singapuru 6 września. Nie wykluczone, że uratował ich morski żywioł, cyklon, jaki tam szalał i szedł nieco przed statkiem.
To nie jedyne niebezpieczeństwa, jakie zagrażały statkowi. Załoga parowca mogła w każdej chwili na skutek zapłonu węgla pod pokładem wylecieć w powietrze. W jego ładowniach, gdy płynęli do Surabai na Jawie, była amunicja i bomby. Musieli dotrzeć z tym ładunkiem z Gdyni Oksywia do Indonezji bez zawijania do jakiegokolwiek portu, płynąc dookoła Afryki.
Marynarze szczecińskiego armatora musieli stanąć do konfrontacji nie tylko z politycznymi realiami tamtych czasów, lecz także z zaledwie czteroletnim statkiem, zbudowanym przez polskich stoczniowców, który nigdy w warunkach tropików nie pływał i nie był do nich przystosowany. Przez cały, ponad pięciomiesięczny rejs, załoga zmagała się z nieustannym pasmem awarii systemu napędowego i urządzeń nawigacyjnych, w tym także radaru. W każdej chwili statek mógł być zniszczony przez wybuch kotła parowego, czy też stanąć na pełnym morzu z powodu awarii maszyny, narażony na żywioł lub działania wojenne. Na dodatek, lato 1958 roku okazało się nietypowe w tropikach, obfitujące w niespotykanie wysokie temperatury, przekraczające 50oC i powodujące ekstremalne warunki pracy w maszynowni statku i przy przeładunkach.
Był taki dzień w czasie rejsu, podczas którego trymerzy i palacze pracowali w kotłowni, i innych pomieszczeniu, gdzie temperatura doszła do 850 C! I przeżyli, a statek się nie rozleciał się. Rozsypały się tylko wewnętrzne ściany z cegły szamotowej w kotle parowym. Taka sytuacja przydarzyła się na „Szczecinie” gdy wracając do kraju, płynął przez Morze Czerwone. Statek nękały też tornada i cyklon.
Nie wiem, czy w dziejach polskiej marynarki handlowej był jeszcze kiedyś taki splot niebezpiecznych dla statku i załogi okoliczności. To był naprawdę wyjątkowy i niezwykle trudny rejs – zarówno dla ludzi, jak i statku.
Prace nad książką będącą relacją z tego rejsu rozpoczęłam kilka lat temu, w 2004 r. Przeszłam dosyć długą drogę nim zdecydowałam się ją zakończyć i wydać. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Książka jest beletryzowanym dokumentem, opartym przede wszystkim na dzienniku kapitana s/s „Szczecin”, którym był mój ojciec. Dlatego też rejs jest widziany z pozycji dowódcy statku, a nie członków załogi. Udało mi się uzupełniać gdzieniegdzie dziennik wspomnieniami uczestników rejsu. Jest to dokładnie oznakowane przypisami. Kolejnym źródłem informacji zawartych w książce są dokumenty statkowe i notatki ojca. Poza tym: listy agentów, korespondencja kapitana z do armatorem oraz inne dokumenty.
Całe tło polityczne zdarzeń na świecie z okresu tego rejsu musiałam odtworzyć. Było to dosyć trudne, bo w ss.Szczecin 01dzienniku są zaledwie ich ślady, kilka zdań i nic więcej.
Nie unikam opisów dramatycznych, związanych z sytuacją rodzinną kapitana „Szczecina”. Postanowiłam prawdy nie zatajać, bo tylko w ten sposób mogę okazać szacunek rodzicom. W żadnym zdaniu ich nie osądzam, bo nie mam do tego najmniejszego prawa. Dlatego posługuję się wyłącznie suchą dokumentacją. To były bardzo trudne lata w Polsce i osąd pozostawiam czytelnikom.
Książka jest beletryzowaną, ale jednocześnie wierną treściom dziennika – kapitańską relacją rejsu, uzupełnioną dokumentacją fotograficzną. Jedyną moją ingerencją w kapitańskie zapiski są dialogi kapitana z radiooficerem na temat sytuacji politycznej w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Reszta wypowiedzi kapitana – to autentyczne zapiski z dziennika.
Postanowiłam także zamieścić wstęp, który przedstawia tło historyczne i opisuje wydarzenia w Afryce, na Bliskim i Dalekim Wschodzie w 1958 r. z podaniem genezy tych wydarzeń. Inaczej nie byłoby wiadomo, po co s/s „Szczecin” udał się w ten rejs. W drugiej części wstępu pokazałam 50 lat związków handlowych Polski z Indonezją związanych z handlem bronią.
Pragnieniem moim było, by książka ta została napisana bardzo uczciwie, i na tyle, na ile to było możliwe, oddawała wiernie realia tego rejsu.
dsc00362Nie żyją już – mój ojciec, kapitan s/s „Szczecin”, ani brat, od którego dostałam archiwum ojca, ani też kobiety z życia kapitana. Jestem głęboko przekonana, że moim niejako rodzinnym obowiązkiem jest zadbanie o to, by pamięć o tym niezwykłym rejsie statku Polskiej Żeglugi Morskiej, który nazwę Szczecin nosił dumnie na dziobie, i jego wspaniałej załodze nie przykrył kurz historii. Parowiec „Szczecin” był pierwszym statkiem i najbardziej ukochanym, jakim dowodził mój ojciec po podjęciu w 1955 r. pracy w Polskiej Żegludze Morskiej.
S/s „Szczecin”, choć zakończył swoją morską służbę i został złomowany, doczekał się swojego imiennika, który tak, jak on pływał u wybrzeży Afryki Zachodniej w barwach innego szczecińskiego armatora – Euroafriki, Linie Żeglugowe. Służbę zakończył bardzo niedawno, pod koniec 2010 r. i jak jego parowy poprzednik został odesłany do stoczni złomowej.
Ale morza i oceany nie pozostaną na długo bez statku noszącego nazwę stolicy Pomorza Zachodniego. W 2012 roku spłynie na wodę kolejny statek Polskiej Żeglugi Morskiej.
Armator postanowił, że będzie nosił na dziobie nazwę „Szczecin”.

Zofia Bąbczyńska-Jelonek
Szczecin, luty 2011 r.