Stocznie już były

lut 22, 2012 | Felietony

05.08.2011 r. Na nowo wybuchł spór na temat pierwszego upadku Stoczni Szczecińskiej. Podobno sąd będzie rozstrzygał, kto ma w nim więcej racji. Jednak żaden sędzia nie powie, że odgrzana debata jest ułomna, bo brakuje w niej kontekstów. Dyskutantom i publiczności wydaje się, iż o losie pojedynczej firmy na światowym rynku decyduje tylko wola menadżerów albo polityków – no, ewentualnie jeszcze bankowców.

Jeśli tak, to dlaczego zamykają właśnie największą stocznię Europy – duńską Odense Lindo? Wszyscy chcieli, żeby przetrwała – właściciel, czyli potężny koncern Moeller-Maersk, menadżerowie, politycy i publiczność. Nic z tego, wielki wytwórca pierwszych wielkich ropowców dwuposzyciowych i największych kontenerowców świata przechodzi do historii. Jesienią firma przekaże swój ostatni statek, a w styczniu – ostatni okręt. Ciekawe, czy te zdarzenia odnotuje jakakolwiek polska gazeta?
Właśnie, bo wydaje się, że żadna nie zauważyła bankructwa Wadan Yards z Rostocku i Wismaru (wcześniej Aker), zniknięcia HDW Gaarden z Kilonii ani ukrytych pod eufemizmem „restrukturyzacji” upadków leżących tuż za miedzą Volkswerft i Peene-Werft. Tak jak nikt nie dostrzegł, że w ubiegłym roku koreańskie zakłady STX w Helsinkach i Raumie nie oddały ani jednego statku, a w tym pracę zawiesiła STX Turku – wytwórca największych na świecie statków pasażerskich. Bez zamówień są litewska WSY Baltija, estońska Loksa i niemiecka Lindenau.
Jeszcze niedawno w bałtyckich stoczniach co roku powstawały statki o pojemności brutto (GT) 2,5 miliona, ale w ubiegłym wytworzono tu już tylko 1,1 miliona, a w 2011 rachunek wykaże zaledwie 400 tysięcy. W 2008 roku z Bałtyku wypłynęły 42 nowe kontenerowce, w 2010 – jeden… W połowie minionego dziesięciolecia udział naszego regionu w produkcji światowej wynosił ponad 4%, zaś w tym roku będzie to zaledwie 0,5%. Procenty spadają szybciej niż produkcja, bo na początku tego stulecia świat wytwarzał nieco ponad 30 milionów jednostek pojemnościowych rocznie, potem co 12 miesięcy ustanawiano nowy rekord, aż w 2010 osiągnięto 96 milionów (dla porównania, to niemal tyle, ile wyprodukowano na świecie w dziesięcioleciu 1981-1990).
Dyskusja toczy się więc na gruzach, przez które przejechał koreańsko-chiński czołg, ale nikt tego w Szczecinie nie zauważa. Na północy Europy żadna stocznia produkująca statki towarowe nie sprostała azjatyckiej konkurencji, a kolejne upadłości, likwidacje i przekształcenia są przed nami. Nawet stocznie w Finlandii, mimo że koreańskie, są zagrożone, bo rynek na wycieczkowce, promy i statki specjalne jest bardzo chimeryczny. Żeby STX Helsinki mogła dostać rosyjskie zamówienie na lodołamacze, trzeba było wpuścić do niej rosyjski kapitał państwowy (a także do firmy projektowo-badawczej STX), i teraz stocznia nazywa się Arctech.
Stocznia Szczecińska, jak wszystkie wymienione wyżej, poległa na światowym rynku, a nie w gabinetach polityków. Nie była żadnym wyjątkiem. Być może politycy przyspieszyli jej nieuchronną upadłość, być może naruszono przy tym prawo, ale tylko bankowcy wiedzą, jak to wpłynęło na koszty jej partnerów.
Prezes tej stoczni był jedynym z dwóch przywódców przemysłowych nad Bałtykiem, którzy wiedzieli, że trzeba odejść od ciągnących na dno „suchych” frachtowców. I miał odwagę to uczynić. Ale to drugiemu – Martinowi Saarikangasowi – lepiej się udało, bo w Finlandii jest bardziej sprzyjający klimat, czyli więcej wolności.
Po pierwsze, Saarikangas otrzymał jasną deklarację, że żadna władza i żaden polityk nie kiwną palcem w sprawie stoczni, cokolwiek by z nimi zrobiono, włącznie z likwidacją. Po drugie, miał pewność, że żadna korporacja profesorów, dziennikarzy albo zbawców narodu nie przeszkodzi mu przy ściąganiu zagranicznego kapitału. Po trzecie, miał zupełną swobodę zmniejszając zatrudnienie. W zakładach, którymi zarządzał, zlikwidował ponad 100 (słownie: sto!) stanowisk dyrektorskich, obsadzonych często, a jakże, przez ludzi z plecami – i nikt ich nie bronił. Po czwarte, wprowadził częściową urawniłowkę – premia był równa dla wszystkich, niezależnie od stanowiska.
Jednym z ciekawszych zjawisk społecznych i politycznych w Polsce na przełomie wieków, epok i ustrojów jest odcięcie się od doświadczeń Skandynawii, chociaż tamtejsze państwa wygrywają we wszystkich międzynarodowych rankingach w rodzaju „najbardziej konkurencyjna gospodarka” albo „sukces stulecia”.
Jedną z podstaw tego sukcesu jest przeniesienie znacznej części finansów państwa i własności przemysłowej na poziom gminy. W gminach uchwala się i wydaje większość podatków, nadto gminy zarządzają tysiącami przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych. Dzięki temu ogół obywateli zna z praktyki problematykę budżetu i zasady gospodarowania, a politycy nie muszą chodzić do sądów, żeby udowadniać, że nawet w gospodarce czarne jest czarnym, a białe – białym.

Marek Błuś
Żródło: MiO – 05.08.2011 r.