Po rocznicy

cze 9, 2014 | Felietony

1Lci-convoyMiało być o D-Day, a ściślej o transporcie morskim tamtego dnia, ale się nie udało. Przeczytałem bowiem coś takiego: „Na kilku plażach wybranych do lądowania w operacji Overlord niemiecka 716. dywizja piechoty składająca się GŁÓWNIE z POLAKÓW i Rosjan zwolnionych z obozów wojennych i skierowanych do walki po stronie Niemiec, nie była odpowiednio wyszkolona i nie miała motywacji do walki z jednostkami ekspedycyjnymi aliantów” (podkreślenia MB).

Po takim sierpowym, przecież nie pierwszym w tej dziedzinie, pierwsze pytanie, które kiełkuje, brzmi – czytać, czy nie czytać? Pisać o tym, co się przeczytało, czy nie pisać? Bo sens obu tym czynnościom nadaje misja kultury: oświecać, wychowywać, bawić. Ale czy ona ma jeszcze jakieś znaczenie?

Przytoczyłem fragment artykułu „D-Day, najambitniejsza operacja wojenna” z miesięcznika „Nasza Historia” wydawanego przez Polskapresse w formie regionalnych magazynów. Rzecz napisał Michael Evans z „The Times” metodą telefonowania tu i ówdzie. Zaś powyższy cytat pochodzi z wypowiedzi Laurie Milnera, historyka z londyńskiego Imperial War Museum, jak go Evans przedstawia.

Obaj panowie, delikatnie mówiąc, nie panują nad tematem. 716. dywizja, jak wszystkie dywizje Wermachtu, składała się głównie z Niemców. Dołączono do niej trzy tak zwane ost-bataliony, dwa rosyjskie i jeden ukraiński. Słowianie Wschodni stanowili więc mniej niż 20% żołnierzy tej dywizji (jej podstawowy, niemiecki skład to osiem batalionów piechoty, plus pododdziały artylerii, saperów, łączności itp.).

Oceny zawarte w cytowanym zdaniu mają podobną wartość jak informacje etniczne. Czy dwa lata szkolenia w obronie Wału Atlantyckiego to za mało, żeby się wyszkolić „odpowiednio”? Jeśli ta dywizja nie miała motywacji, to skąd alianckie straty na plażach? I skąd jej własne? Licząca niecałe osiem tysięcy żołnierzy jednostka stopniała do tysiąca w ciągu pięciu dni ciężkich walk.

Wracajmy jednak do Polaków. Dlaczego pojawili w szeregach 716. dywizji? Po raz pierwszy wcielił ich tam Cornelius Ryan w reportażu „Najdłuższy dzień”, a ściślej zrobił to jego researcher, który nie odróżniał Polaków od Ukraińców ani tym bardziej nie odróżniał ochotniczych, jednolitych narodowo Ost-Bataillone od poborowych Wermachtu pochodzących z Pomorza, Śląska czy czeskich Sudetów. Ryan umieścił więc Polaków na pierwszym miejscu pośród narodów tworzących kolaboranckie jednostki wojskowe (następne miejsca zajmują u niego Węgrzy i Czesi…). Nawiasem, ciekawe, w ilu wydaniach tego światowego bestsellera redaktorzy umieścili prostujący, czy choćby tylko wyrażający wątpliwość przypis?

A teraz, jak się okazuje, historyk z Imperial War Museum na temat desantu w Normandii nie czytał nic oprócz Ryana, a polscy redaktorzy i tłumacz nie stanowią żadnej zapory dla fałszywej informacji (jakość tłumaczeń, szczególnie wszelkiej terminologii, to osobny temat).

Czy mimo wszystko artykuł Evansa z „Naszej Historii” oświeca choć trochę? Jeśli chodzi o mnie – tak. Uświadamia o upadku uniwersytetów i o rzeczywistej wartości ich dyplomów.

Marek Błuś