Pierwszy miliard Crista, czyli jak stocznia może zarabiać

lip 23, 2013 | Stocznie

1203244-crist1Prywatna stocznia z Gdańska produkuje najnowocześniejsze statki w Europie, co przynosi jej 40 tysięcy złotych zysku na godzinę. Prezesi wprowadzili już spółkę do strefy euro i wyprowadzili ze świata, w którym liczy się Kodeks pracy, związki zawodowe, składki ZUS. Znienawidziła ich konkurencja i działacze „Solidarności”

Miliardowy przychód stoczni Crist i blisko 80-milionowy zysk za ubiegły rok robią wrażenie w branży, która podupada w całej Europie. Zachwycają statki do stawiania wież wiatrowych na morzu – niedawno ukończony supernowoczesny „Innovation” i budowany właśnie niemal bliźniaczy „Vidar”. Z zazdrością na gdańską firmę spogląda zagraniczna konkurencja i krajowe stocznie remontowe, bo przez współpracę ze Stocznią Nauta – w suchym doku Crista statki się także remontuje. Kontrolowana przez Ukraińców Stocznia Gdańsk ma pretensje, że państwowe wsparcie dostaje teraz nie ona, lecz Crist. Działacze „Solidarności” mówią o aferze i piszą skargi do… Norwegii, do związkowców wielkiego Akera (jeden z ważnych odbiorców produktów spółki Crist).

Zobacz pan, jak się robi statki

– Działamy na rynku światowym, a wiesz pan, jak się buduje statki w Dubaju? – pyta Krzysztof Kulczycki, wiceprezes stoczni Crist. – Na stałe pracuje tam jakieś dwieście osób i one gwarantują funkcjonowanie zakładu. A jak jest do wybudowania statek, to w ciągu tygodnia z całego świata zjeżdża się ze dwa tysiące pracowników i biorą się do roboty. Gdy skończą, wracają do siebie.

W latach 80. Kulczycki pracował jako menedżer na kontraktach stoczniowych w Libii, Dubaju i Kuwejcie.

– Żyłem jak pączek w maśle, w Kuwejcie zajmowałem niewielkie jak na tamte warunki mieszkanie, bo liczące jakieś 120 m kw. – wspomina.

Musiał wracać do kraju w 1990 r., po wybuchu wojny w Kuwejcie. Na prywatce w bloku na gdańskim osiedlu Zaspa spotkał kolegę Ireneusza Ćwirko, z którym pracował w Stoczni Północnej. W połowie lat 70. obaj inżynierowie byli tam szefami wydziałów.

– Siedzimy przy gorzałce, na stole, jak to w tamtych czasach, sałatka i śledzie. Biesiadujemy, zastanawiając się, co dalej robić w życiu. Irek pyta „Idziemy w biznesy?”. No to poszliśmy – wspomina.

Ćwirko też miał za sobą zagraniczne doświadczenia. Pływał na przykład jako serwisant na statkach wybudowanych w Stoczni Północnej. Trafił mu się rejs tuńczykowcem pod banderą Związku Radzieckiego i z rosyjską załogą. Jako że do konserwacji urządzeń serwisanci zabierali spirytus, to Ćwirko dysponował największym skarbem na pokładzie. Zwykle rankiem odbierał telefony z pytaniem „Gatow?” i po chwili rozlewał co ważniejszym marynarzom po pół szklanki spirytusu.

Stocznie upadły to sami zaczęli budować statki

Spółkę Crist założyli w 1990 r. dzięki pieniądzom zarobionym za granicą. Zaczynali od urządzeń wentylacyjnych, później robili elementy jednostek, a po kilku latach zbudowali pchacze barek. Każdy rok kończyli zyskiem, produkowali coraz więcej, trochę pod własną marką, ale głównie dostarczali elementy dla dużych stoczni w Gdańsku i Gdyni. Gdy te upadały, Crist nie miał wyboru i zaczął sam budować większe jednostki.

W sprawozdaniu za 2001 r. prezesi pisali o przychodach blisko 50 mln zł i zysku 2 mln zł. Budowali wtedy głównie stalowe elementy kadłubów, ale przyszło też zlecenie z Norwegii na elementy platformy wiertniczej, które wymagało użycia blach o podwyższonej wytrzymałości. „Zostaliśmy zmuszeni do wprowadzenia nowej metody spawania automatem…” – pisali w raporcie chyba trochę z wyrzutem szefowie Crista, ale po wprowadzeniu innowacji zostali pierwszym w Polsce dostawcą części platform wiertniczych. W następnych latach też raportowali o kolejnych wyzwaniach technologicznych, którym udało im się sprostać. Budowali już tysiąctonowe jednostki badawcze i trawlery dla Norwegów, podjęli się też przedłużania statków do przewozu papieru. „Zastosowaliśmy jako pierwsi na świecie metodę na sucho, bez zanurzania doku” – podkreślali dekadę temu. Spółka kupowała tereny do produkcji, dzierżawiła nabrzeża i inwestowała.

– Przez pierwsze lata to była prawdziwa orka. Całe zyski szły na inwestycje, nawet żeśmy dywidendy przez kilkanaście lat nie brali – mówi Ćwirko.

Ze sprawozdań finansowych wynika, że jeszcze niedawno prezesi zarabiali średnio 7,5 tys. zł miesięcznie. Wielkie pieniądze przynoszą im dywidendy z zysku, rocznie od kilku do nawet 10 mln zł do podziału.

– Żyjemy zupełnie normalnie, nie odczuwamy bogactwa, ciągle dużo pracujemy – mówią prezesi.

Jeżdżą mercedesami ML, 64-letni Ćwirko grywa w golfa, dwa lata młodszy Kulczycki jeździ konno. Ćwirko ucina temat finansów. – Musi pan o nas pisać? – pyta.

Biorą suchy dok

Prawdziwym przełomem dla Crista było kupno w 2010 r. suchego doku po upadłej Stoczni Gdynia. Dzięki pożyczce z Agencji Rozwoju Przemysłu spółka przelicytowała Ukraińców z ISD (większościowych właścicieli Stoczni Gdańsk) i dysponuje najważniejszym w kraju aktywem do produkcji nowoczesnych statków.

– Dlaczego dok poszedł za 175 milionów złotych, blisko dwukrotnie drożej, niż był wyceniany? Bo na rynku pojawiło się zlecenie na „Innovation” za 200 milionów euro. Było jasne, że zbuduje go ten, kto zdobędzie dok – opowiada państwowy urzędnik odpowiedzialny za przemysł stoczniowy.

ISD i związkowcy „S” mieli wtedy pretensje do rządu, że ARP wsparła Crist, a nie Stocznię Gdańsk.

– Dysponowaliśmy budżetem na wsparcie inicjatyw pobudzających gospodarkę i każdy mógł wystąpić o taką pożyczkę. Wystąpił Crist, a nie Stocznia Gdańsk – wyjaśnia urzędnik z Agencji Rozwoju Przemysłu.

Wkrótce pod kątem niedozwolonej pomocy publicznej transakcję zaczęła badać Komisja Europejska.

– Komisja nie miała uwag, ale my wiemy, kto na nas doniósł – mówi osoba związana z Cristem. – Źle, że takie rzeczy się dzieją, bo w Trójmieście powinniśmy współpracować i razem konkurować ze światem, a nie podkładać sobie świnie.

Kulczycki obrusza się, gdy słyszy o preferencjach ze strony rządu. – Pożyczyliśmy 150 milionów, ale rocznie płacimy ponad 10 milionów samych odsetek, a całą ratę kapitałową musimy zwrócić w 2015 r. – mówi.

Związki zawodowe? Tak, ale za bramą

Crist działa podobnie jak stocznia w Dubaju z opowieści Kulczyckiego. Na etatach pracuje około 50 osób: zarząd, obsługa sekretariatu, kadra inżynierska. Natomiast około dwóch tysięcy pracowników to albo jednoosobowe firmy, albo ludzie podwykonawców. – Nie dostają wynagrodzeń za to, że są w pracy, tylko za to, co zrobią – mówi Ćwirko.

Dzięki takiej strukturze zatrudnienia Crist ma niższe koszty niż na przykład Stocznia Gdańsk, która przez umowę restrukturyzacyjną była zobowiązana przez ARP (a nie jak wcześniej podałem – przez Komisję Europejską) do utrzymania 1900 osób na etatach.

Crist nie martwi się ZUS-em, urlopami, zwolnieniami lekarskimi itp. A do tego „zatrudnia” sporo obcokrajowców z Ukrainy, Wietnamu czy Indii.

Przeciwko umowom śmieciowym stosowanym na wielką skalę przez Crist i zatrudnianiu obcokrajowców protestują działacze gdańskiego regionu „Solidarności”.

To problem dla lokalnego rynku pracy, ale prezesi stoczni tłumaczą, że nie mogą znaleźć polskich fachowców, „bo ci wyjechali głównie do Norwegii”, a przede wszystkim przez zatrudnienie etatowe utracą konkurencyjność.

Część swojego sukcesu Crist zawdzięcza umowom z jednoosobowymi firmami. Nie rozstrzygniemy, co by było, gdyby spółka nagle dała etaty dwóm tysiącom osób. Na pewno więcej osób musiałoby pracować w nadzorze, potrzebny byłby całkiem spory dział kadr, do tego trzeba dodać koszt szkoleń, utrzymania magazynów, zapewnienia ubrań roboczych, urlopów, zwolnień lekarskich itd.

Pojawiłyby się też związki zawodowe i opłacane przez spółkę etaty dla liderów. – Związki zawodowe są potrzebne, ale najlepiej za bramą zakładu. Jestem przeciwnikiem, aby to zakłady pracy płaciły pensje liderom – kwituje Ćwirko.

Niechęć do utrzymywania stałej załogi może też wynikać z filozofii szefów Crista. – Dla nich projekt budowy statku to wielkie zadanie, które trzeba rozłożyć na tysiące mniejszych czynności. Każdą z tych małych spraw trzeba wycenić, załatwić i zaraz potem o niej zapomnieć, bo w kolejce czekają coraz to nowe sprawy. W tym systemie koszt pracy pojawia się w zależności od zadania, kupują pracę, tak jakby kupowali stal – opowiada jeden ze stoczniowych inżynierów.

W branży nie brakuje też opinii, że nietypowa forma działalności Crista może być ceną za posiadanie stoczni zdolnej do globalnej konkurencji. Przemysł stoczniowy w Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich to potężna machina, z którą mało kto może się równać. Szejkowie wybudowali tam prawdziwe miasteczko stoczniowe z pełnym zakresem usług. Miejscowe spółki mają do dyspozycji po kilka suchych doków i najnowocześniejsze maszyny. Arab Heavy Industries reklamuje się hasłem „nasi wykwalifikowani pracownicy są dostępni przez całą dobę, aby zapewnić wysoką jakość usług w najkrótszym czasie realizacji”.

Największy na Bliskim Wschodzie potentat Drydocks World’s Dubai korzysta z zasobnych rządowych funduszy oraz z pracowników z Singapuru i Indonezji. W tej chwili Drydocks buduje i remontuje około 20 jednostek.

Przepis na stocznię

Jak się robi nowoczesną stocznię w Polsce? Opowiada Kulczycki.

Najważniejszy jest wybór projektu i wycena. Setki stoczni na świecie mogą wybudować proste jednostki lub same kadłuby, więc z taką konkurencją wymuszającą niskie ceny nie warto rywalizować. Należy znaleźć niszę, szybko produkować nowoczesne statki, których inni nie potrafią zrobić, i sporządzić dobrą wycenę, aby nie ponieść strat. Punkt drugi to tak zwane nieprzewidziane zdarzenia, które zawsze występują. Aby wygrać wyścig z konkurencją, statki projektuje się i buduje jednocześnie. Trzeba skoordynować prace, uważać na opóźnienia od dostawców. Najważniejszym powodem opóźnień dostawy jest opóźniona płatność, więc finansowanie budowy to kluczowy element. Trzeba być gotowym do podejmowania szybko nietypowych decyzji.

W Criście właściciele są prezesami, więc nie muszą zwoływać posiedzenia rady nadzorczej i konsultować się z doradcami. Ćwirko i Kulczycki siadają, przeliczają i decydują, co robić. Przy budowie „Innovation” Crist zapłacił milion euro drożej za transport specjalistycznej stali do Dubaju, gdzie przerobiono ją na ważny element konstrukcyjny jednostki. I prezesi nie musieli czekać na zgodę i tłumaczyć, że zdążą w terminie dostarczyć stal, jeśli nie będą jej transportowały statki, lecz samoloty transportowe.

W ten sposób dochodzimy do punktu trzeciego – terminy. Jeden stracony dzień pracy supernowoczesnego statku może kosztować nawet 100 tys. euro, więc opóźnienia produkcji są dużym zagrożeniem dla stoczni. Podpisując kontrakt z armatorem, trzeba uważać na wysokość kar, warto określić stawkę dzienną i maksymalną łączną wysokość kary – np. 2 mln euro. Takich negocjacji nie można prowadzić przy ofertach typu „take it or leave it”, które albo przyjmuje się w całości, albo odrzuca. Są powszechne przy prostych jednostkach, a z punktu pierwszego wiemy, że nie warto ich produkować.

Punkt czwarty to ryzyko kursowe. Gdy stocznia buduje statek za euro, a za pracę i materiały płaci w złotówkach, to umocnienie złotego może spowodować, że kontrakt zamiast zysków przyniesie straty. Można się od niego ubezpieczyć, ale to sporo kosztuje. Crist ma inny sposób. Stocznia rozlicza się z dostawcami materiałów w euro, podobne umowy zawiera z podwykonawcami i osobami prowadzącymi jednoosobową działalność gospodarczą.

Państwo wchodzi do Crista

Większościowy udziałowiec Stoczni Gdańsk – ukraiński oligarcha Siergiej Taruta – domagał się, aby państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu zainwestowała w jego spółkę ok. 120 mln zł. Żądania państwowego wsparcia wysuwali też związkowcy „Solidarności”, ale tym razem państwo nie dołożyło do Stoczni Gdańsk. Tym bardziej pod koniec czerwca branżę stoczniową zaskoczyła wiadomość, że ARP – poprzez fundusz inwestycyjny MARS – zaangażowała 40 mln zł w Crist i objęła w niej 30 proc. udziałów. Ponadto MARS gotów jest udzielić Cristowi 60 mln zł pożyczki.

Wiceszef „S” Stoczni Gdańsk Karol Guzikiewicz oskarżył rząd o nieuczciwą grę w sektorze stoczniowym. Ocenił, że doszło do „przekrętu gospodarczego PO” i że to wszystko przez Tuska.

– Państwo polskie wsparło firmę, w której na podstawie umów o pracę pracuje tylko 40 osób, a w Stoczni Gdańsk zatrudnionych jest 1500 osób na umowę o pracę i o nich się nie myśli – mówił Karol Guzikiewicz.

Po co ARP zaangażowała się w Crist? Urzędnicy mówią o planach budowy holdingu stoczniowego w Trójmieście i na Pomorzu Zachodnim. – W Stoczni Gdańsk nasze pieniądze trafiłyby do czarnej dziury, choćby dlatego, że nic nie wiemy o przepływach finansowych ze spółkami grupy ISD. A w Criście pieniądze natychmiast przekładają się na setki miejsc pracy – wyjaśniał w Gdańsku prezes ARP Wojciech Dąbrowski.

Crist potrzebował też kapitału na realizację dużych projektów i wspólną z ARP inwestycję w fabrykę fundamentów wież wiatrowych w Szczecinie.

Swoje mówią też liczby. W 2012 r. przychody Crista wyniosły miliard złotych, a Stoczni Gdańsk były czterokrotnie niższe. Crist zarobił blisko 70 mln zł, mniej więcej tyle straciła Stocznia Gdańsk. A perspektywy? Crist buduje drugi supernowoczesny statek dla branży offshore i prawdopodobnie w Europie nie ma w tej dziedzinie konkurencji. Przy tym negocjuje wieloletnie kontrakty warte 700 mln euro. W najbliższym czasie, jeśli Stoczni Gdańsk nie wyłączą prądu, to spółka na swoich kontraktach straci ok. 20 mln zł i zamierza wygaszać produkcję statków. Planuje budować rocznie dwie, trzy proste jednostki.

Skarga na Crist

Po informacji o wejściu ARP do akcjonariatu Crista sprawę postanowiła zbadać sejmowa komisja skarbu państwa, a „Solidarność” regionu gdańskiego naskarżyła na spółkę do norweskich związkowców ze spółki Aker ASA.

„Jednym z ważnych odbiorców produktów spółki Crist jest norweski koncern Aker ASA, w którym obowiązuje międzynarodowy układ ramowy gwarantujący m.in. wszystkim pracownikom dążenie do stabilności zatrudnienia niezależnie od kraju, w którym wykonują pracę. Zarząd Aker ASA zobowiązał się, że od kontrahentów zewnętrznych również będzie egzekwował stosowanie się do standardów obowiązujących w koncernie” – informują związkowcy.

– Crist wspierany przez rządową agencję obniża koszty, stosując dumping pracowniczy. To konkurencja dla Stoczni Gdańsk czy Gdańskiej Stoczni „Remontowa”, zatrudniających na umowy o pracę, z systemem zabezpieczeń socjalnych – argumentuje skargę Roman Kuzimski, wiceprzewodniczący zarządu gdańskiego regionu „Solidarności”. Etatowi działacze z centrali gdańskiej „S” zawdzięczają swoje posady głównie głosom i składkom stoczniowców. Związkowcy walczą o prawa pracownicze, a przy okazji z biznesową konkurencją swoich stoczni. Aker realizuje wart 1,3 miliarda dolarów projekt Edvard Grieg, polegający na uruchomieniu wydobycia ropy naftowej z nowego złoża na Morzu Północnym. Skutkiem skargi może być na przykład brak zamówień dla Crista ze strony Akera.

Konkurentów jest wielu. Jednym z nich jest Stocznia Gdańsk, która w listopadzie 2012 r. pozytywnie przeszła badanie, czy sprosta wymaganiom projektu Grieg.

Natomiast Remontowa obawia się kooperacji Crista ze Stocznią Nauta, która coraz lepiej radzi sobie przy remontach statków. I też ma wpływ na związkowców, bo choćby były poseł i nauczyciel Jacek Rybicki nadal robi karierę w „S” tylko dlatego, że został delegatem na zjazd właśnie z Remontówki.

– Więc nie dziw się pan, że żony pytają nas często, po co jeszcze nam to wszystko. Ale pieniądze nie były naszym celem, zawsze chcieliśmy budować wspaniałe statki – kończy Kulczycki.

Źródło: www.trojmiasto.gazeta.pl