Na wojnę w zatoce

lip 15, 2013 | Felietony

mbsInspektorat Uzbrojenia MON wykonał pierwszy krok w dziele budowy trzonu nawodnej części naszej przyszłej floty – opublikowano ogłoszenia o zamiarze przeprowadzenia tak zwanego dialogu technicznego w sprawie zakupu „okrętu obrony wybrzeża” (kryptonim Miecznik)  i „okrętu patrolowego z funkcją zwalczania min” (kryptnim Czapla). Ten pierwszy ma służyć „do zwalczania celów nawodnych, podwodnych, środków napadu powietrznego i precyzyjnego rażenia celów lądowych”, czyli chodzi o typowy, żeby nie powiedzieć tradycyjny okręt bojowy. Natomiast drugi rodzaj będzie przeznaczony „do prowadzenia kontroli morskich szlaków żeglugowych i realizacji zadań reagowania kryzysowego” oraz „poszukiwania i niszczenia min morskich i niebezpiecznych ładunków podwodnych”. W tym przypadku mamy do czynienia z prawdziwą innowacją, gdyż nowy okręt ma połączyć cechy jednostki „policyjnej” ze zdolnościami nowoczesnego trałowca (albo inaczej niszczyciela min). Ogłoszeniom towarzyszą szczegółowe wymagania techniczne, dotyczące głównie, co oczywiste, uzbrojenia i wyposażenia militarnego.

Z dokumentów Inspektoratu wynika, że przyszła Marynarka będzie flotą przede wszystkim oceaniczną. Okręty są projektowane do „działań bojowych na Morzu Bałtyckim, Morzu Północnym, a w przypadku działań sojuszniczych, we wskazanym akwenie odpowiedzialności operacyjnej Połączonych Sił Morskich NATO”, ponadto „w ramach misji międzynarodowych: Unii Europejskiej i wynikających z karty ONZ”. Czyli, innymi słowami, będą mogły działać wszędzie, z wyjątkiem akwenów podbiegunowych, o którym to wyłączeniu specyfikacja techniczna wspomina. Oceaniczność potwierdzają dane dotyczące planowanego zasięgu – „okręt obrony” ma zabierać zapasy na 30 dni a paliwo na 6000 mil morskich przy prędkości ekonomicznej. Dla porównania, korwety, o których można powiedzieć, że służą do „obrony (własnego) wybrzeża” (np. izraelskie Saar-5) mają te parametry o około 40% mniejsze. Natomiast patrolowiec-trałowiec Czapla – i tu zaskoczenie – będzie miał zasięg aż 10 000 mil i autonomiczność 45 dni. Dopłynie więc do Nowego Jorku, wróci do macierzystych baz i bez tankowania odbędzie jeszcze rejs do północnego krańca Zatoki Botnickiej. Szczegóły nie pozostawiają wątpliwości – chodzi przede wszystkim o oceaniczny trałowiec a nie o bałtycki patrolowiec. Okręt ma przewozić między innymi zdalnie sterowane pojazdy podwodne i nawodne zwane oficjalnie platformami przeciwminowymi. Ponadto otrzyma kompletny sprzęt bazy nurkowej z dwuprzedziałową komorą dekompresyjną dla nurków-minerów. Wyporność „nie mniejsza” niż 1600 ton gwarantuje pierwsze miejsce w światowym rankingu okrętów przeciwminowych – amerykańskie avengery mają około 1300 ton. W tym miejscu nasuwa się niestosowne pytanie, gdzie się teraz tli ryzyko wybuchu morskiej wojny minowej? Bo chyba nie spodziewamy się, że Rosjanie zaminują Cieśniny Duńskie, żeby zablokować sobie wywóz ropy naftowej z Primorska.

Nie krytykuję pomysłu Bałtyk plus Wszechocean. Państwo morskie będące uczestnikiem sojuszu transoceanicznego musi wnosić coś sensownego do jego potencjału. Trudno też zaprzeczyć, że coraz większa część świata musi być coraz bardziej gotowa do podejmowania działań policyjnych w innych częściach świata. Okrętami uprawia się więc przede wszystkim politykę (także wewnętrzną) a dopiero w drugiej kolejności wojnę. Tymczasem w sprawie Marynarki polityka polegała na dezinformowaniu społeczeństwa i denerwowaniu sojuszników. To drugie się chyba skończyło, ale pierwsze trwa, czego wyrazem jest uparte zastępowanie terminu korweta pijarowską frazą „okręt obrony wybrzeża”. Dokumenty „dialogu technicznego” w sprawie Miecznika wskazują, że ten model w fazie specyfikacji niczym się nie różni od oryginalnego projektu Gawrona. Nawet powiela jego deficyty, na przykład brak hangaru dla śmigłowca. Finał będzie taki: w ramach oszczędności Mieczniki powstaną dwa zamiast planowanych dzisiaj trzech a Gawron zostanie doposażony i dozbrojony do ich standardu…

Marek Błuś


Na wojnę z zatoce