Muzeum za mgłą

lut 22, 2012 | Felietony

Na czoło szczecińskich wiadomości ponownie wysunął się fakt wirtualny, czyli muzeum morskie, którego nie ma i o którym wiadomo, że nie wiadomo, czy będzie. W związku z tym mówi się o pieniądzach na budowę, przypomina o problemie miejsca i przyszłego gmachu. Jak widać, debata koncentruje się na opakowaniu. Nie przypominam sobie natomiast, żeby ktokolwiek kiedykolwiek wspomniał o zawartości, czyli o eksponatach. I dlatego wydaje mi się, że trzeba postawić pytania, co to muzeum będzie pokazywać, czy ono ma co pokazywać? Bo jeśli nie ma, to po co je budować? I czy czasem nie jest tak, że muzealnicy – a więc ci co wiedzą, co leży w magazynach – zamiast jawnie ogłosić wątpliwości, sygnalizują je tylko nieśmiałym brakiem entuzjazmu.

Niepokojące jest, że rzecz o nazwie Muzeum Morskie jeszcze nie istnieje, ale przypisuje się jej cechy dobra obecnego i sprawdzonego w działaniu. W debacie pada mnóstwo określeń przymiotnikowych: kluczowa placówka, główny filar marki miasta, prężne, z prawdziwego zdarzenia, nowoczesne, nieprzeciętne, na miarę XXI wieku, najważniejszy magnes (przyciągający turystów)… Skąd to wiadomo? Może z doświadczeń Centralnego Muzeum Morskiego? Właśnie, czy inicjatorzy albo inwestorzy morskiego muzeum w Szczecinie dysponują studium o funkcjonowaniu identycznej placówki w Gdańsku?

Zamiast więc zasypywać publiczność przymiotnikami, powinni przedstawić spis kolekcji, które zamierzają pokazać, listę statków muzealnych, które ustawią przy nabrzeżu. Niech też sporządzą studium wykonalności funkcji misyjnych i ideowych w rzeczywistym społeczeństwie. Dopiero wówczas debata będzie merytoryczna.

Główny problem, przed którym staną szczecińscy muzealnicy, to kwestia czym i jak zapełnić powierzchnię wystawową. Zagadnienie ma dwa aspekty – rzeczowy i polityczny. Muzea, które można potraktować jako placówki do „benchmarkingu” (analizy porównawczej) – CMM i Muzeum Miasta Gdyni nie poradziły sobie ani z jednym, ani z drugim (dlatego słowo benchmarking ujmujemy w cudzysłów) – słowem, nie ma się na kim wzorować.

Obie placówki cierpią bowiem na deficyt eksponatów i nie wiedzą, co zrobić z 45-leciem po II wojnie światowej. CMM prezentuje „ciągłość” polskiej obecności na morzu od 1000 lat, co jest może poprawne politycznie, ale nieprawdziwe, i czego nie da się pokazać, bo muzeum jest to – z definicji – „uporządkowany i unaoczniony zbiór autentycznych rzeczy, które mają specyficzną wartość” (nie chodzi tu o wartość pieniężną). Historia, której nie było, nie pozostawiła po sobie autentycznych rzeczy. Banalne.

A kiedy już nasza prawdziwa historia morska wybuchła w 1920 roku, to najpierw przyszła niszczycielska wojna, a potem niszczycielski – w pewien sposób – „socjalizm księgowych” (chodzi nie o prawdziwych księgowych, ale o osoby pokroju Władysława Gomułki) – jeśli więc coś wycofywano z użytkowania, to lepiej było zniszczyć, niż sprzedać prywatnym osobom. Dlatego teraz nie ma w naszej branży ani potencjalnych darczyńców, ani ludzi, który mogliby sprzedać muzeum znaczące kolekcje. Casus Leszka Liszewskiego i niemierzyńskiej zajezdni tu się nie powtórzy.

Ponadto w przypadku placówek zbierających obiekty techniki o dużych rozmiarach decyzje o ich utworzeniu podejmowano zwykle w dwóch etapach, co wynikało, między innymi, z faktu, że należało poczekać, aż zmieni się generacja urządzeń i coś, co kwalifikuje się do kolekcji, straci wartość użytkową. Duże przedmioty trudno też zbierać – garaż zwykle nie wystarczy. Dlatego do sztokholmskiego muzeum techniki zwiedzający weszli w 13 lat po decyzji o jego ustanowieniu, w morskim w Bremerhaven ten okres wynosił ponad 20 lat, a rekordowy był w historyczno-morskim w Sztokholmie – 40 lat.

Decyzję o muzeum należało podjąć najpóźniej w latach 70. ubiegłego wieku. A ponieważ jej nie podjęto, to teraz pozostaje tylko wyłożyć karty, czyli przedstawić zbiory autentycznych muzealiów, które dotyczą morza i żeglugi, szczególnie z okresu 1945 – 1990. Może jednak wystarczy jakiś zaadaptowany magazyn portowy?