Muzeum jednej sali

maj 11, 2012 | Felietony

mbsGdańskie Centralne Muzeum Morskie w końcu kwietnia otworzyło nowy oddział o wzniosłej nazwie Ośrodek Kultury Morskiej. Gmach, który ufundowali podatnicy z Norwegii, Islandii i Lichtensteinu, stanął przy Żurawiu, na miejscu rozebranego tak zwanego Składu Kolonialnego (o ile dobrze pamiętam, była to niegdyś kotłownia centralnego ogrzewania).

Hol sięgający przeszklonego dachu nad piątą kondygnacją i toalety wywarły na mnie wielkie wrażenie, ale inne miejsca wzbudziły więcej wątpliwości niż zachwytu. Ośrodek ma większą kubaturę niż Skład, bo objął także sąsiadującą, dotychczas pustą posesję, jednak ów hol z imponującą klatką schodową i pomieszczenia służbowe zajmują chyba ponad połowę przestrzeni. Na wystawy zostały trzy pomieszczenia, niewiele więcej niż w starym budynku. Najniżej jest sala zabaw dla dzieci z basenem, zdalnie sterowanymi modelami i innymi zabawkami edukacyjnymi, nadto tratwą ratunkową oraz makietą batysfery w skali 1 : 1, do których można po prostu wejść. Wszystko dotykalne! Świetne, ale – niestety – już nie dla mnie.

Wyżej, w sali wystaw stałych zgromadzono 29 łodzi egzotycznych w towarzystwie adekwatnych, egzotycznych bibelotów; dodajmy, pięć takich ożaglowanych jednostek wisi w holu, po szklany dach, więc ogląda się je wędrując schodami. To jest akurat coś dla mnie, doceniam i rozumiem tę kolekcję, ona mnie cieszy, ale nie chwalę tej poprawnej ekspozycji mając w pamięci, między innymi, krytykę samego faktu zbierania łodzi ze świata wyrażoną niegdyś przez redaktorów miesięcznika „Nasze Morze”. Bo dysponując jedną jedyną salą w najbardziej reprezentacyjnym i najłatwiej dostępnym dla publiczności budynku (reszta CMM mieści się na wyspie Ołowianka), należało ją zagospodarować uwzględniając przede wszystkim kryteria „polityczne” a nie muzealne. Trzeba tam było pokazać w encyklopedycznym skrócie historię współczesnej Polski na morzu, albo rolę żeglugi w Europie, albo opowiedzieć o Bałtyku, jak dzielił i łączył, jak na nim handlowano i wojowano. Chodzi o to, żeby przypadkowym i przymusowym (a takich jest większość) zwiedzającym przekazać nieco wiadomości o sprawach im bliskich i przekonać ich, że są dla nich ważne, nawet jeśli nadal pozostaną w części niezrozumiałe. Wiedza o tym, że łodzie buduje się także ze skóry albo bambusowej plecionki, może być podawana w spichlerzach na drugim brzegu Motławy.

Najwyższa i ostatnia sala, na wystawy czasowe, jest połączona z niższą dużymi otworami, wielkości luków, w podłodze. Zapewne zaplanowano je na maszty i żagle, ale okazało się to potrzebne w przypadku jednej tylko łodzi z Pacyfiku. Brak ustawności tego pomieszczenia nie tłumaczy wyjątkowego ubóstwa prezentacji poświęconej wrakom Bałtyku badanym przez CMM.

Wyżej są już tylko restauracja, jeszcze nieczynna, i sala konferencyjna, druga w tym muzeum (starsza znajduje się na Ołowiance). Przepraszam więc za tytuł – powinien brzmieć: muzeum dwóch sal.

Marek Błuś